niezbyt rozgarnięci uważają, że kłopotem Narcyza była miłość do siebie samego, z oczywistych względów niemożliwa do zrealizowania. nieco bardziej wyrafinowani z kolei wskazują na chorobliwe uzależnienie od obrazu siebie, a to za sprawą niedoboru miłości, co kończy się rozpaczliwym skamienieniem. w rzeczywistości mamy tu opowieść o iluzji ja. jak łatwo zauważyć, uważne przyglądanie się ja rodzi pewne nierozwiązywalne problemy, bowiem jeśli ja przyglądam się swemu ja, to (ja) muszę odpowiedzieć sobie w końcu na pytanie, kto komu się przygląda i, co gorsza, kto zadał to pytanie. robi się z tego potworny bałagan, a sprawę komplikuje dość irytująca właściwość ja, które z daleka wygląda jeszcze całkiem dobrze i obiecująco, jednak im bardziej mu się przyglądamy, tym bardziej staje się niewyraźne, do zniknięcia włącznie. krótko mówiąc, Narcyz nie skończyłby jako kwiatek doniczkowy, gdyby zamiast się wygłupiać nad strumieniem, usiadł w porządnej pozycji medytacyjnej. ale wtedy nasza cywilizacja straciłaby całkiem niezłą opowieść, a Johnson nie napisałby tej wrednej książki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz