środa

bim bom

tak. zrobiłem to. pierwszy raz w życiu - po prostu czasami coś robi się pierwszy raz w życiu. nie było to łatwe, sprzyjała wieczorna pora - mrok na Placu Wilsona i raczej niewielu przechodniów, zainteresowanych jak najszybszym przemknięciem, przy jednoczesnym uniknięciu lodowatego wiatru (chowali głowy w kołnierzach znaczy). mimo to z początku nie mogłem pozbyć się natrętnej myśli, że widok faceta w garniturze, płaszczu, z teczką w łapie, który zadziera głowę do góry, wywalając jednocześnie język jak tylko się da, by złapać na niego płatki śniegu, musi być co najmniej dziwny, jeśli nie niepokojący. ja bym się zaniepokoił.

no ale dałem radę. wrażenia interesujące acz subtelne - bo i dzisiejszy pierwszy śnieg był subtelny. bardziej obietnica śniegu niż śnieg właściwy. na uwagę zasługuje delikatność doznań, gdy mikrośnieżynki z gracją osiadają na języku. aromat właściwie żaden, natomiast rozpływanie się perfekcyjne i niezwykle odświeżające.

teraz pozostaje poczekać na śnieg właściwy - te ogromne, leniwe płatki spadające w nieskończoność na Nowym Świecie. będę tam:)

PS. thx a.

poniedziałek

kap kap...

brudna szyba 709, poranny ścisk i zaduch, tradycyjny korek na światłach pod wiaduktem... i nieoczekiwane objawienie. pod szarym filarem rośnie jak najbardziej zielona trawa, najwyraźniej w nocy zrobiły się w niej kałuże - wsciekle niebieskie od wściekle niebieskiego nieba. i do takiej niebieskiej kałuży, z szarego wiaduktu, niespiesznie acz konsekwentnie spadają krople. bardzo pożądne krople, bo każde kapnięcie odbywa się z maleńką eksplozją mikrokropelek na wszystkie strony, którą to eksplozję od lat uczeni zajmujący się dynamiką przepływu cieczy albo czymś takim próbują ująć w sensowne równania. z perspektywy autobusowej dramatyczny wybuch kropelek wydarza się bardziej w wyobraźni obserwatora, za to rozchodzące się koliste fale są zdecydowanie prawdziwe. ta opowieść nie ma morału, może poza drobnym ukłuciem, że kropelki wpadają do wściekle niebieskich kałuż, we wściekle zielonej trawie od zawsze. pewnie tylko wiadukt czasem bywał dziwacznym drzewem albo mokrym pyskiem dinozaura.