środa

einstellung

rozum ludzki skoro przyjął pewien pogląd [...] wszystko inne ściąga na jego poparcie i potwierdzenie. w taki elegancki sposób sir Francis Bacon ujął pewną dość kłopotliwą właściwość umysłu, polegajacą na uporczywym trzymaniu się pierwotnie obranej drogi, nawet gdy w zasięgu wzroku są zdecydowanie skuteczniejsze i bardziej korzystne rozwiązania. być może to kwestia perspektywy - im bardziej się koncentrujesz na rozwiązaniu, tym bardziej nie widzisz pola. 

wróćmy zatem do szalonego mutanta Joe, który kopnął... no właśnie, co? Joe może się wydawać wrednym gościem, jednak nie mamy żadnych przesłanek, by sądzić, że skrzywdził choć jedną mrówkę. kopniak wymierzony był w klosz, a nie w mrowisko. tak więc brutalne zniszczenie dotyczyło jedynie warunów, a nie istoty - w rzeczy samej więc, mimo dramatycznego wrażenia, kopniak był tylko gwałtowną, acz subtelną zmianą, zanegowaniem duszącego potencjał mrówek komfortu. 

i proszę mi wybaczyć łopatologię - wszystko wskazuje na to, że mrówki nie rozlazły się po lesie ani nie pomarły z rozpaczy, tylko uznawszy szansę daną przez Wielką Stopę, wzięły się do roboty i do zimy stały się najpotężniejszym mrowiskiem w obserwowalnym wszechświecie.


może Joe nie był taki szalony, jak psy myślały... 

wtorek

naprawdę...

To co - o 20.00?

Si:)
20.30

Przyjechać po Ciebie?

Przyjedź, tylko się nie spiesz, bo dopiero wstałam.

Dobra. 21.00?

Jak nie chcesz, to możemy w ogóle się nie spotykać!

Aaaargh! Piszesz, żebym się nie spieszył, czyli niespiesznie na 20.30 wychodzi coś koło 21.00, tak? Dobra będę o 20.45

To bądź o 21.00
:*******

poniedziałek

chrabąszcz majowy

pacjent cały w nerwach. nie może jeść, nie może zasnąć, budzi się w środku nocy, kołatanie serca, drżenie i trwoga, serce wali jak oszalałe, a czasem nawet bardziej. aha, a kiedy bardziej? no, jak mam się z nią spotkać albo zadzwonić... no cóż, niestety nie mamy dla pana rozwiązania. w sumie samo przejdzie. powodzenia.

i weź postaw diagnozę (z wpisem do oficjalnej dokumentacji medycznej. stanęło na F99 Inne zaburzenia psychiczne gdzie indziej nie sklasyfikowane. c'est la vie...

sobota

- a jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? - zapytałem, spodziewając się kurtuazyjnego podjęcia dość oczywistej gry (właściwa odpowiedź: - to nic wielkiego - posiedzę tu i poczekam na ciebie... [Milne 1926])



- odejdziesz, kiedy ja ci na to pozwolę... - powiedziała z tym rodzajem uśmiechu, który daje jasno do zrozumienia, że naprawdę nie warto się szamotać, przecież są gorsze rzeczy, niż zostać czyjąś kolacją... 

gdzieś nieopodal Saskiego zawył wilk.

wtorek

r.i.p.

na początku mokra, popiskująca kuleczka. potem osiemnaście lat mruczenia, głaskania, nerwowych poszukiwań w środku nocy, zdejmowania z drzewa po uprzednim przegonieniu psa, drapania za uszami. niepoliczona armia ogłupiałych myszy przyniesionych na środek pokoju, sterty piór nad ranem, żaba sztuk jeden przywleczona za nogę oraz wiewiórka bez głowy. dzidziuś, bazylia i cała banda nowych futrzanych kuleczek... bójki, ganianie za patykiem i to śmieszne strzyżenie wąsami. ciągła walka ze szczotką do czesania, kilka dramatycznych historii medycznych, pogryziony ogon i wielokilometrowe spacery na smyczy do weterynarza (trącanie patykiem w ogon jako akcelerator kota). osiemnaście lat bezwarunkowej miłości, oddania i zaufania (ale pamiętaj, że naprawdę mam pazury). wreszcie ostatnia rozmowa bez słów, taka sama jak zawsze, ostatnie głaski i igła wbita w serce, spokojnie pulsująca w rytmie kończącego się życia. zatrzymała się.

śpij dobrze kociaku