niedziela

reakcja katalityczna

katalizator to taka substancja, w której obecności inna substancja robi dziwne rzeczy, przekształcając się pod wpływem rozmaitych czynników. sam katalizator wychodzi z tej historii niezmieniony. dowcip polega na tym, że wspomniana substancja nie zrobi tych wszystkich rzeczy, chociażby wszelkie warunki były jak najbardziej sprzyjające, jeżeli w pobliżu nie ma katalizatora.
nie mam pojęcia o chemii, ale mogę się założyć, że we wszechświecie istnieją takie substancje, które robią różne rzeczy w zależności z jakim katalizatorem się spotkają. w obecności katalizatora x nasza substancja zamieni się w czekoladę (jeśli odpowiednio ją podgrzać), a w bliskości z katalizatorem y na przykład w arszenik, albo pastę do zębów lub średnio dojrzały D’or Bleu.
w każdym razie coś podobnego dzieje się w bliskich (by nie powiedzieć miłosnych) relacjach międzyludzkich. każdy z nas (myślę o ludzkości w ogóle) może być właściwie jaki tylko zechce. oczywiście Wielka Piątka i niezmienniki temperamentalne - ale poza tymi jest praktycznie nieograniczona przestrzeń, w której każdy może być taki, jaki chce.  
i teraz spotykamy Drugą Osobę. w tej nieograniczonej przestrzeni okazuje się być niezwykle precyzyjnym i twardym katalizatorem, który sprawia, że niezauważalnie, ale z przerażającą wręcz konsekwencją stajemy się bardzo konkretnie jacyś. 
ta konsekwencja jest przerażająca - trochę przypomina Ostatnią Przygodę Ćmy ze Świecą, choć oczywiście JACYŚ nie oznacza tylko negatywnych scenariuszy. prawdopodobnie są takie historie, w których Druga Osoba jest tym czynnikiem, który wydobywa z nas wszystko to, co uznamy za najlepsze (np. u braci Grimm).
żeby nie było zbyt trywialnie, dodajmy i to, że cała sprawa komplikuje się za sprawą Podwójnej Roli. otóż każdy chemik wie (co zaznaczyłem na początku), że przyzwoity katalizator uczestnicząc w zmianie, sam nie zmienia się. w relacjach miłosnych z jednej strony tak jest, z drugiej zaś Druga Osoba dla katalizatora jest również katalizatorem. 
i tak to płynie, nasze pierwsze spotkanie rozpoczyna nieuchronny proces, który jest precyzyjnie ukierunkowanym i samonapędzającym się zestawem wzajemnych reakcji. gdyby udało się w tym pierwszym momencie określić kierunek, wielu ludzi zaoszczędziłoby wiele czasu.
ps. już po napisaniu powyższego zorientowałem się, że wyważyłem otwarte drzwi - dokładniej, choć zdecydowanie mniej przystępnie pisze o tym Otto Kernberg (patrz KOLUZJE). swoją drogą niejaki Hellinger podpowiada wskazówkę, która pozwala przewidywać kierunek owych reakcji - mówi mianowicie, by uważnie przyjrzeć się początkowi relacji. cała reszta związku wyglądać będzie tak samo. co racja, to racja.   

2 komentarze:

  1. "gdyby udało się w tym pierwszym momencie określić kierunek"... gdybyśmy stali się więc (w sensie: mu ludzie) demonami Laplace'a, gdybyśmy rozpisywali relacje na zjawiska chemiczne, to myślisz, że wtedy byłoby.. no właśnie, jak myślisz, że byłoby? lepiej? łatwiej? nigdy byśmy nie ryzykowali, ponieważ znana byłby nam kolejność rzeczy, i oczywiście, oszczędzilibyśmy sobie natknięcia na arszenik (lub niedogodności o mniejszym polu rażenia), ale jakie byłoby prawdopodobieństwo znalezienia katalizatora czekolady, dla którego i my bylibyśmy czekoladolizatorem (ponieważ tylko dwustronna reakcja demoniczna byłaby hipotetycznie możliwa - gdyż pożądana i poszukiwana przez obie strony )? i czy - idąc dalej - szukanie tego jedynego doskonałego początku relacji, który ma determinować jej doskonałą przyszłość, nie jest bardziej wyrafinowaną bajką o drugiej połówce jabłka?

    jakoś ten tekst mnie zirytował, czemu dałam wyraz, nie obrażę się, jeśli skasujesz ten komentarz. really.

    OdpowiedzUsuń
  2. oczywiście ani mi w głowie demon Laplace'a - zresztą nie ma we Wszechświecie miejsca dla dwóch takowych. miałem na myśli raczej tęsknotę za tym rodzajem mądrości, który sprawia, że wahasz się nie wiedzieć czemu chwilę przed zrobieniem kroku w upiorne acz kusząco ciepłe i zielone bagienko katastrofalizy i mimo nenufarów, upojnego rechotu złotych żabek, zmysłowego pobzykiwania beztroskich komarów, uśmiechasz się wyrozumiale i odwracasz w poszukiwaniu bezpieczniejszej, choć być może nie tak romantycznej ścieżki.

    nie szukam doskonałego początku - wiele początków wyglądało obiecująco, tak obiecująco, że z łatwością gubił się ten drobny szczegół, który określał jakże smutną przyszłość.

    racja jednak, co mnie samego zirytowało, że w powyższym rozumowaniu popełniłem karygodny błąd. założyłem mianowicie, że substancja katalizowana (nawet czekoladolizowana) jest bezwolna i nie może się oprzeć katalizatorowi. w chemii tak jest, w relacjach niekoniecznie. przynajmniej nie musi, choć moje osobiste (wiem - marne) doświadczenie pokazuje, że wolność wyboru w tych przypadkach oscyluje w okolicach błędu statystycznego. ale to już inna opowieść o tym, co świadome i o tym, co nie. być może więc w praktyce, bajka o drugiej połówce jabłka nie jest taka niestosowna...

    ps. no pewnie, że nie skasuję - rzadko mi się zdarza kogoś zirytować, więc jestem ukontentowany:) really.

    OdpowiedzUsuń