...czyli o wyższości imienin nad urodzinami, zwodniczej i nieprawdziwej. jeżeli serio traktujesz ideę reinkarnacji (czemu nie - pomysł równie absurdalny, jak pójście do nieba, czy zniknięcie na zawsze), powinnaś w dniu swoich urodzin ubrać się na czarno i smętnie sączyć martini, słuchając bluesa przez całą noc. niezależnie od cyferki, bo nie o starzenie tu idzie, tylko o żenujący fakt ponownych narodzin, który jest twoją osobistą porażką, oby to się więcej nie powtórzyło, co za pech. równie stosowne będzie urządzenie imprezy w rocznicę powstania, albo zatonięcia Titanica - choć tu możesz mieć przynajmniej nadzieję, że kilkoro nie wróciło. zdecydowanie rozsądniej jest dostawać prezenty na imieniny, bo imię to jakby nie było twoja nazwa, marka i numer serii twojego ja, dzięki którym mniej więcej orientujesz się o czym mowa, kiedy myślisz o sobie. tu jednak pojawia się problem - niektórzy bowiem powiadają, że ja jest iluzją, zatem twoje imię może okazać się zgrabną nazwą czegoś, czego nie ma, jak zegarek Louisa Vuitona, czy (co gorsza) woda toaletowa Pumy. w ten sposób możesz powrócić do sączenia Martini (marka smętnie prawdziwa) i rozważania natury swego umysłu, który, jak wiadomo, jest pustką, czyli przestrzenią, w której rzeczy po prostu się dzieją.
skoro tak, to czemu nie świetować z pomysłem, że to już ostatni raz? (stypy są wszak najlepszymi imprezami), radujmy się bo wiecej się już nie spotkamy, nasze metki zostaną odprute, zostanie no-logo przestrzeń z niedziejącymi się niezdarzeniami
OdpowiedzUsuńtu właściwa jest odpowiedź anegdotyczna - pewien guru siedział pod drzewem rozważając niewygody ludzkiej egzystencji, gdy nadszedł Budda. guru skwapliwie skorzystał i zadał pytanie, ile razy jeszcze musi się odrodzić, by osiągnąć oświecenie (odpruć metkę). odpowiedź konkretna - tyle ile liści na wspomnianym drzewie (w Indiach, jak wiadomo, roślinność bujna, jesieni nie uświadczysz). guru zerwał się i zaczął tańczyć, że tak już krótko...
OdpowiedzUsuń