wtorek

klinika małych zwierząt

postępowanie ze zranionym tygrysem wymaga dużej uważności i ostrożności przede wszystkim. zwierz ów, mając w pamięci wszelkie cierpienia, jakich doznał, nieufnie odnosi się do wszelkich zabiegów, mrużąc ślepia bacznie obserwuje weterynarza, wysuwając i chowając na przemian pazury. rzecz jasna unikamy kontaktu z pazurami, robiąc zręczne uniki, gdy łapa znienacka zmierza w stronę naszej twarzy. podobnie staramy się uniknąć kłapiących zębów oraz uderzającego ogona. pamiętamy przy tym, że machanie ogonem nie jest oznaką radości, bo tygrys nie jest psem, tylko trochę większym kotem, a  koty, jak wiadomo, mają odwrotnie. kiedy już wyjdziemy cało z pierwszego spotkania z tygrysem, zabieramy się za oswajanie - na początek musimy go zapewnić o jak najlepszych zamiarach, pamiętając, że bestia jest sprytna i w mig połapie się w najmniejszym nawet krętactwie. ruchy powinny być nie nerwowe, ręce zawsze w polu widzenia tygrysich ślepi, co uspokaja, bo nasz podopieczny ma wrażenie, że kontroluje sytuację (tym bardziej uważamy, bo pole widzenia często pokrywa się z zasięgiem paszczy). w końcu możemy zaryzykować delikatne pogłaskanie zwierza, najlepiej zaczynając od karku, do ogona. jeżeli się tej pieszczocie poddaje, przechodzimy do drapania za uszami, pod brodą, aż tygrys przewali się na plecy i pozwoli drapać po brzuchu*. wtedy możemy wyjąć z lodówki szampana, otworzyć w ustronnym miejscu, by huk nie zniweczył naszych długotrwałych zabiegów, i wypić do dna, ciesząc się pasiastą sympatią i dobrze wykonaną robotą.

*niedoświadczeni weterynarze często na tym etapie kończą karierę wskutek tragicznego niezrozumienia, że tygrys choć kot, to nie mruczy. ten dźwięk (niektóre rzeczy słyszy się ostatni raz w życiu) jest więc warczeniem i nie powinien skłaniać do optymizmu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz